Info
Więcej o mnie.
Wykres roczny
Archiwum bloga
Dane wyjazdu:
76.65 km
0.00 km teren
h
km/h
Sobota, 31 stycznia 2009 | Komentarze 0
Tygodniowy standard. Kategoria Uzupełnienie
Dane wyjazdu:
36.30 km
0.00 km teren
h
km/h
Niedziela, 25 stycznia 2009 | Komentarze 2
Niedzielny wypadzik do Olsztyna w słońcu. Już nie wiem czy to styczeń czy kwiecień. Za chwilę pewnie znów walnie mrozem i weź się tu człowieku przyzwyczaj do pogody. Pogoda fiksuje i tyle a mnie przez to kaszel nie opuszcza mimo że szprycuje się syropkiem pini... No i znów asfaltowo :( Kategoria Wypadzik
Dane wyjazdu:
43.10 km
0.00 km teren
h
km/h
Sobota, 24 stycznia 2009 | Komentarze 2
W tym tygodniu uzbierało się ledwo parę km. Pogoda do du..., odwilż, ogólnie lipa. Kategoria Uzupełnienie
Dane wyjazdu:
43.50 km
24.00 km teren
h
km/h
Niedziela, 18 stycznia 2009 | Komentarze 0
W końcu wypadzik terenowy :), muszę przyznać że trochę męcząco było, okazuje się że to co latem mykam na szybko zimą może sprawić kłopoty. Na początku było znośnie, żółty pieszy dało się jechać nieźle bo przede mną jechał jakiś quad i jechałem sobie po jego śladzie. W miejscu gdzie przecinają się szlak żółty z czarnym chciałem jechać dalej żółtym a tu porażka kopny śnieg ok 15-20 cm i musiałem uznać wyższość pani zimy. Wracam i dalej jadę czarnym pieszym do samego Olsztyna. Oczywiście grzane piwo u kota i spotkanie z Jackiem. Wracamy razem terenem tym razem pomarańczowym rowerowym, jadzie się nawet nieźle. Rozstajemy się i dojeżdżam do niebieskiego rowerowego i tutaj znów jest źle, dopiero dalej po ok. 2-3 km droga staje się znośna. Jazda cały czas siłowa i wyrabiająca nieźle równowagę. Kategoria Wypadzik
Dane wyjazdu:
75.90 km
0.00 km teren
h
km/h
Sobota, 17 stycznia 2009 | Komentarze 0
Tygodniowy dystans. Breja na drogach daje się mocno we znaki, jeździ się jak po piaskach Jury :) więc zmieniłem semi slicki na terenówki, dzięki temu mniej baletu na ścieżkach ;). Kategoria Uzupełnienie
Dane wyjazdu:
46.50 km
0.00 km teren
h
km/h
Niedziela, 11 stycznia 2009 | Komentarze 0
Km. z całego tygodnia niewarte opisu Kategoria Uzupełnienie
Dane wyjazdu:
33.00 km
0.00 km teren
h
km/h
Niedziela, 4 stycznia 2009 | Komentarze 0
Dzisiaj pierwszy w tym roku wypad do Olsztyna, tak na szybko, standardowo (rowerostrada). Trochę posiedziałem u Kota ze bikerami których znam z widzenia popijając grzane piwo z sokiem. Kategoria Wypadzik
Dane wyjazdu:
647.80 km
0.00 km teren
h
km/h
Piątek, 20 czerwca 2008 | Komentarze 0
Ten wyjazd był planowany na zeszły rok, zaplanowaliśmy go jeszcze w czasie wyprawy na Ukrainie ale niestety nie złożyło nam się i z wyjazdu nic nie wyszło. Za to w tym roku nie było z tym żadnych problemów, pomysł powrócił na wiosnę i wszystko się udało zaplanować: termin, trasę, przejazd, wstępne koszty pozostało więc tylko zapiąć rowery na dach samochodu i ruszyć na podbój Rumuńskich Karpat. Trasa zaplanowana przez Furmana była naprawdę ambitna czyli żadnych kompromisów w kwestii wysokości na jakie wjedziemy ;): na początek Trasa Transfagarowska a na deser najwyższa przejezdna przełęcz Karpat - Urdele. W czwartek 19.06.2008 ładujemy się do auta i zaczynamy rumuńską przygodę.ALBUM ZDJĘĆ - RUMUNIA
Dzień 1 Sibiu- Dystans 59 km Czas jazdy 3h 28 minut
Po raz pierwszy doświadczam dobrodziejstwa umowy z Shengen, opustoszałe przejścia graniczne powodują że nie tracimy czasu jak to było dawniej na odprawy celne, to naprawdę fajne ułatwienie. Dopiero na Rumuńskiej granicy zerkają w nasze dowody i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do docelowego miasta Sibiu, tracimy trochę czasu na znalezienie porządnego parkingu, udaje się nam to w hotelu ale musimy trochę poczekać na ustalenie ceny przez managera (do tej pory nie mieli takiego przypadku) dlatego pokrótce zwiedzamy miasto, naprawdę jest ładne i zabytkowe. W końcu płacimy 150 lei, rozpakowujemy się, zapinamy sakwy i ruszamy: kierujemy się bocznymi drogami na Shigishoarę. Mijamy cygańskie wioski w których bieda jest aż nazbyt widoczna. Żeby nie było zbyt kolorowo dopada nas ulewa, pit zaczyna narzekać na koło (siada mu bębenek) a furman zalicza glebę przez klakson samochodu. Z powodu zmęczenia podróżą naszym głównym celem było odjechanie za miasto najdalej jak się da i znalezienie jakiegoś miejsca na spanie co udaje nam się na jakiejś niewielkiej przełęczy. Na dobitkę w momencie gdy już znaleźliśmy miejsce na biwak pitowi wkręca się w koło przerzutka (nikt nie wie jak to się stało) ale udaje się ją naprawić.
Dzień 2 Sigishoara-Agnita Dystans 120 km Czas jazdy 7h 33 minuty
Jedziemy do Shigishoary. W mieście odnajdujemy sklep rowerowy (nie bez kłopotów bo ciężko dogadać się po angielsku) i pit kupuje całe nowe tylne koło bo jego stary bebenek ledwo zipie. Upał jest okropny, jedziemy na stare miasto trochę poglądać i zjeść obiadek. Po wyjeździe z miasta spotykamy dwóch Austryjaków: ruszyli z Budapesztu i jadą do Constancy, chwilę sobie standardowo konwersujemy, wymieniamy się mailami, w międzyczasie podjeżdża do nas dwóch cyganów, najpierw chcą fajki a potem proponują nam panienki. Zbywamy ich i jedziemy dalej. Skręcamy w boczną drogę na Agnitę, na początku jedzie się całkiem fajnie ale po pewnym czasie okazuje się że lądujemy na jakiejś leśnej drodze na niebieskim szlaku pieszym w dodatku chyba niekoniecznie biegnącym tam gdzie chcemy. Komary chcą nas zeżreć więc decydujemy się na drogę na azymut w stronę widocznej w oddali wiochy. Zrobiło się naprawdę ciekawie, przedzieramy się przez jakieś chaszcze i zarośla, trawy są już wyższe od nas i w momencie gdy zastanawiamy się nad odwrotem furman wynajduje jakieś przejście na pola skąd już do wioski prowadzi ubita droga. Wyjeżdżamy w typowo cygańskiej wsi Lacobeni, opada nas chmara dzieciaków proszących o cukierki których nie mamy (ile bym tego musiał wozić żeby każdemu cygańskiemu dziecku dać chociaż jeden) więc przyspieszamy żeby opuścić to miejsce. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach pitowi spada łańcuch więc dzieciaki mają ubaw. W końcu dojeżdżamy do Agnity, chłopaki trochę odwodnieni (ja na szczęście przypadkowo miałem większy zapas wody) rzucają się na wodę i po uzupełnieniu płynów wyjeżdżamy za miasteczko szukać noclegu. Udaje nam się to dość blisko drogi ale miejsce jest całkiem w porządku.
Dzień 3 Balea Lac Dystans 74 km Czas jazdy 5h 33 minuty
Dzisiaj atakujemy przełęcz Balea Lac czyli wspinamy się na trasie Transfagaraskiej. Właściwie jest to ciągły podjazd mający ok 35 km przy czym pierwsze 10 km to raczej płasko delikatnie pod górę a po 10 km zaczyna się prawdziwy podjazd. Upału ciąg dalszy więc ulgę przynosi nam kąpiel w zimnej górskiej rzece, robimy też małe pranko w celu usunięcia 'zapachów' które czują inni ale my nie :). Odświeżeni (z powodu temperatury na dość krótko :( ) ruszamy dalej mieląc pod górę. Jest ciężko ale jak zwykle w takich przypadkach ten wysiłek jest wynagradzany przepięknymi widokami które rekompensują nam wszystko. Ta trasa jest naprawdę widokowo cudowna, chyba jedna z najładniejszych jakie do tej pory jechałem. Na górze pomimo upału wieje chłodny wiaterek i leży jeszcze śnieg co w sumie na 2000 tys m n.p.m. nie powinno nas dziwić. Po drodze zyskujemy sobie uznanie i chyba rowerzyści nie są częstym widokiem bo zauważam że jesteśmy dość częstym obiektem fotograficznym. Na szczycie (GPS wskazuje 2030 m n.p.m.), w celu uczczenia chwili pozwalamy sobie na piwo w schronisku; nie muszę dodawać jak smakuje zimne wyborne piwo Ursus na tej wysokości po takim wysiłku :)) W końcu się zbieramy, przejeżdżamy tunel i czeka nas upragniony zjazd. Zjeżdżamy tylko kilka km i przewidując kłopot w znalezieniu dobrej miejscówki na namiot (na drugi dzień okazało się że chyba ze zmęczenia trochę dramatyzowaliśmy) zatrzymujemy się w hotelu. Obowiązkowy prysznic :)) i lulu.
Dzień 4 Curtea de Arges-Rumnicu Vilcea Dystans 152 km Czas jazdy 7h
Wypoczęci, czyści i w doskonałych humorach zaczynamy długi zjazd. Zjazd ma ok 20 km, co to za przyjemność to wie tylko ktoś kto te 30 km wcześniej podjechał. Niestety nic nie trwa wiecznie i zaczyna się jazda po niewielkich górkach a potem dość długo płasko i w sumie nieciekawie. Docieramy do miasta Curtea de Arges i po krótkim obiadku jedziemy cały czas w kierunku Urdele. Wjeżdżamy w mocno zurbanizowany teren, przejeżdżamy miasto Rumnicu Vilcea a za nim wioska przy wiosce, zaczyna się zmierzch a miejscówki na nocleg nie ma. W końcu po przejechaniu 152 km gdy mamy już naprawdę dość udaje nam się dogadać z jakąś kobitką i nocujemy na jej polu kukurydzy. Miejsce okazało się całkiem przyzwoite bo niedaleko była studnia (a więc kąpiel w zimnej odświeżającej wodzie). Jedyna wada to niestety miejsce niezbyt równe co dało nam trochę w kość podczas spania.
Dzień 5 Horezu-Novaci-Rinca Dystans 71 km Czas jazdy 5h 24 minuty
W mms na stronkę furman napisał jutro będzie piekło. Myślę że chciał napisać to trochę na wyrost (albo coś wiedział ale nie chciał nas dołować) ale niestety nie pomylił się ani na jotę. Przejeżdżamy przez Horezu i kierujemy się na Novaci. Upał osiąga maksymalne temperatury przez cały czas kręcimy wykańczające interwały: kilka km serpentynki w górę tylko po to żeby za chwilę znów te kilka km zjechać czyli pomimo wysiłku jesteśmy cały czas na tej samej wysokości i tak przez pół dnia. Pijemy litry wody i mam wrażenie że wszystko co wypiję za chwilę jest na mojej koszulce w postaci potu. W końcu docieramy pod główny podjazd na Urdele, w pewnym sensie cieszę się że te interwały się skończyły, już chyba wolę długi jednorodny podjazd. Ale serpentyna pod Urdele jest koszmarna. Podjazd jest wylany specjalnym klejącym asfaltem który ma powodować lepszą przyczepną kół samochodów ale dla nas to masakra, rower sam nie pojedzie ani na jotę, tyle ile przekręcisz korbą tyle podjedziesz i to wkur... mlaskanie opon. W końcu asfalt się kończy i dojeżdżamy do wioski Rinca a właściwie do budującego się kompleksu hoteli, pensjonatów itd., rozmach imponujący, prawdopodobnie wkrótce będzie to drogi kurort. Wykończeni bierzemy nocleg w pensjonacie, za tak niską cenę grzechem byłoby nie skorzystać z dobrodziejstwa prysznica, zresztą za taki wysiłek należało nam się. Nocleg na 1500 m npm.
Dzień 6 Urdele Dystans 98 km Czas jazdy 6h 27 minut
Ten nocleg w pensjonacie to był świetny pomysł, zregenerowaliśmy się całkowicie dlatego w doskonałych humorach wjeżdżamy na szutrówkę dokończyć dzieła, droga jest trudna, dużo luźnych kamoli ale przyznam że po wczorajszym asfalcie po tych kamolach jedzie mi się znacznie lepiej. Widoki znów wywołują uśmiechy na twarzach, doświadczamy prawdziwego mtb i po to właśnie tam jechaliśmy. Nigdzie nie ma zaznaczenia że ten najwyższy punkt to już tu dlatego robimy sobie fotki w miejscu gdzie gps furmana pokazuje teoretycznie najwyższą wysokość (ok 2140 m n.p.m.). Chwilę sobie odpoczywamy w pełni ciesząc się z wysokości, widoków i chwili. Zjeżdżamy w dół, słoneczka się nie czuje na tej wysokości ale wiemy że będziemy przypieczeni konkretnie. Podczas tego zjazdu furman łapie pierwszą i ostatnią gumę wyprawy. Znów wbijamy się na asfalt, zatrzymujemy się na obiad w przydrożnym barze. Chwilę marudzimy ale czas się zbierać. Nie wiem dlaczego ale następny podjazd mnie zaskakuje, jakoś tak nie brałem go pod uwagę :) a tu trzeba podkręcić na 1600m npm. Na szczęscie zostajemy wynagrodzeni bardzo długim i szybkim zjazdem na którym tracimy 1000m z wysokości. W planach mamy wbicie się na boczną drogę do Sibiu ale niestety nie udaje nam się zlokalizować gdzie mamy skręcić i przejeżdżamy ją. Po drodze mijamy kilka tam i kilka miejscowości. Robi się za późno żeby się wracać więc znajdujemy miejsce na nocleg i rozkładamy namioty. Wreszcie mamy całkiem płaskie miejscówki z tyłu płynie rzeka, można powiedzieć sielanka ale humory psuje nam świadomość że przez tą pomyłkę jutro jedziemy główną droga wśród tirów.
Dzień 7 Brezoi-Sibiu Dystans 73 km Czas jazdy 3h 40 minut
Dzisiaj wracamy do Sibiu. Jak pisałem jedziemy główną drogą 65 km, naprawdę żadna przyjemność i nie polecam nikomu. Może tragedii nie ma ale przyjemności też nie, dodatkowo słoneczko znów nam dopala. Zmęczeni drogą docieramy do Sibiu i pakujemy się w samochód. I to by było na tyle.
Rumunia jest w tej chwili na najlepszym etapie do podróżowania rowerem, jak pokazało doświadczenie spokojnie można kupić wszystko jeśli chodzi o wyżywienie, można znaleźć potrzebne części rowerowe, spokojnie można znaleźć kwaterę czy pensjonat/hotel (to oczywiście w miejscowościach typowo turystycznych). Jednocześnie nie ma problemu ze znalezieniem darmowego miejsca pod namiot (oprócz miejsc mocno zurbanizowanych). Nie ma problemu z policją (pamiętam jeszcze 6 lat temu czepiali się i trzeba było dawać łapówy).
Rumunia daje wspaniałe doświadczenia, niezapomniane widoki i radość z jazdy po wysokich górach. Możemy cofnąć się w czasie na bocznych drogach i zobaczyć najnowsze samochody w miastach. Ani razu nie doświadczyliśmy żadnych niemiłych zaczepek bo nawet w Lacobeni było to tylko żebractwo dzieci.
Jednocześnie widać już rękę i pieniążki z Unii, buduje się coraz więcej dróg, hoteli oraz powstają wręcz całe miejscowości wypoczynkowe. Dlatego już za kilka lat może się okazać że nie będziemy tak wolni podróżując po Rumunii jak obecnie.
Na koniec pozostaje mi tylko zachęcić do odwiedzin tego wspaniałego kraju i życzyć podobnych wrażeń jakie ja miałem dzięki tej wyprawie.
ALBUM ZDJĘĆ - RUMUNIA
Kategoria Wyprawa
Dane wyjazdu:
95.00 km
0.00 km teren
h
km/h
Środa, 16 sierpnia 2006 | Komentarze 0
Pogoda spłatała mi małego psikusa dlatego na razie opisze tylko dwie trasy, jedną z nich ze względu na walory widokowe przejechałem dwa razy. Tereny są naprawdę piękne dlatego obiecałem sobie że jeszcze powrócę w ten rejon w przyszłości aby pojeździć trochę więcej. W samej Szczawnicy jest sporo wypożyczalni rowerowych, tak więc nie ma problemu aby pojechać nawet wtedy gdy nie mamy własnego sprzętu. A na razie:Trasa I - czerwony szlak rowerowy Szczawnica - Czerwony Klasztor
Po raz pierwszy zauważyłem że Unia Europejska wspiera turystykę rowerową bo to właśnie z jej funduszy została wybudowana ta ścieżka, po raz pierwszy również dostrzegłem zalety bezproblemowego przekraczania granicy na dowód bo szczerze mówiąc większa część tej trasy leży po Słowackiej stronie. Trudno opisać urok tej trasy, jeśli ktoś był na spływie Dunajcem to wie o co mi chodzi, ponieważ niemal cała trasa biegnie przełomem Dunajca. Jadąc do Czerwonego Klasztoru raz po raz oglądamy przepiękne widoki które na długo zapadną w naszej pamięci. Również sam Czerwony Klasztor jest wspaniałym zabytkiem który warto zwiedzić. Pieniny i przełom Dunajca mają nieodparty urok i to coś, co sprawia że trzeba tam wrócić.
Sam czerwony szlak biegnie pętlą wokól Pienin ale ja podzieliłbym tą trasę na dwie:
Wariant I - dla turystów którzy rzadko jeżdżą na rowerze i rodzin z małymi dziećmi, biegnie od Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru i ma ok 12 km przepięknej widokowo drogi, praktycznie w płaskim terenie. Po drodze możemy skręcić w lewo do Leśnicy, malowniczo położonej Słowackiej miejscowości. Czy zrobimy to jadąc do Czerwonego Klasztoru czy z powrotem nie ma znaczenia, ważne jest by powrócić z powrotem na ten sam szlak (z Leśnicy nalezy sie cofnąć a nie jechać dalej) Po dojechaniu i zwiedzeniu Klasztoru wracamy tą samą drogą.
Wariant II - turyści którzy lubią się zmęczyć i częściej spędzają czas w siodełku powinni przejechać całą pętlę. Po zwiedzeniu Klasztoru wyjeżdżamy w lewo na asfalt i jedziemy dłuższy odcinek dość monotonnym asfaltem. Za miejscowością Wielki Lipnik skręcamy w lewo. Tutaj zaczyna się 3km, 12% podjazd na Lesnickie Sedlo 720 m n.p.m. Nasz wysiłek oczywiście wynagrodzą przepiękne widoki oraz nagroda w postaci 4 km zjazdu aż do wspominanej wcześniej Lesnicy. Dalej jedziemy znaną już nam drogą z powrotem do Szczawnicy. Cała pętla ma ok 37 km.
Jest to jedna z najpiękniejszych tras rowerowych jakie przejechałem do tej pory i za każdym razem gdy będę w tych rejonach będę chciał przejechać ją jeszcze raz.
Trasa II - czerwony szlak rowerowy; niebieski pieszy; czerwony rowerowy.
Ta trasa jest dla zaawansowanych turystów i wielbicieli MTB. Musimy wyjechać ze Szczawnicy w kierunku Wąwozy Homole, pierwsza część trasy biegnie asfaltem i możemy trochę rozgrzać mięśnie. Skręcamy w prawo w kamienistą drogę przed dużym parkingiem pod homolą. Zjazd nie jest oznaczony dlatego łatwo go przejechać (ja go przejechałem ;)) więc jeśli widzicie już spory parking to należy się cofnąć bo dalej jest zielony szlak pieszy wiodący do Wąwozu Homole. Teraz czeka nas wspinaczka dość krętą i kamienistą drogą do schroniska pod Durbaszką, tam możemy chwilę odsapnąć i uzupełnić płyny. Dalej czeka nas jeszcze chwila pod górę i już możemy wyluzować bo pojedziemy cały czas z góry lub podjeżdżamy pod niewielkie wzniesienia. Dojeżdżamy pod Wysoki Wierch 900 m n.p.m (jeśli ktos ma ochotę może tam wjechać jest to najwyższy szczyt pasma) Dalej czerwony szlak rowerowy odbija w dół ale my kontynuujemy jazdę szlakiem niebieskim pieszym. Za chwilę mijamy Skały Łaźne i potem czeka nas kawałek trasy z buta ponieważ jest bardzo stromo i skałki wystaja tak że nie da się jechać. Gdy już miniemy ten odcinek podjeżdżamy pod Szafranówkę i Palenicę. Następnie dojeżdżamy do granicy ze Słowacją ale odbijamy w prawo i teraz czeka nas trudny, techniczny zjazd (radzę uważać, jeśli nie czujemy się na siłach lepiej zejść z roweru) Po zjeździe dostajemy się na znany nam czerwony szlak rowerowy z Trasy I i dojeżdżamy do Szczawnicy. Jest to wspaniała trasa wiodąca szczytami pienińskiego pasma o pięknych widokach.
Dystans ok 21 km.
GALERIA
Kategoria Wycieczka
Dane wyjazdu:
573.60 km
0.00 km teren
h
km/h
Sobota, 10 czerwca 2006 | Komentarze 0
Pewnego zimowego dnia przeglądałem strony dotyczące wypraw rowerowych mniej lub bardziej egzotycznych i nabierałem coraz większej chęci żeby gdzieś pojechać. W końcu trafiłem na ogłoszenie furmana: zbierają ekipę na tygodniowy wyjazd na Ukrainę. Zapaliłem się do tego pomysłu: Ukraina tak bliska i mało znana, w sam raz na pierwszą wyprawę rowerową, do tego idealny termin i czas trwania (kto ma rodzinę i pracę wie o czym pisze). Szybko wstępnie się zgłosiłem ale pozostał jeszcze jeden problem: musiałem przekonać żonę i nie miałbym jej za złe gdyby odmówiła, wszak trzy miesiące wcześniej przyszedł na świat nasz synek a i córka na pewno nie będzie zadowolona. Ale Renata wyraziła zgodę więc przygotowania ruszyły na całego. Dobrze że było sporo czasu bo musiałem skompletować cały sprzęt biwakowy i rower domagał się tego i owego. W końcu wszystko przygotowane, termin dograny i wyruszam na przygodę z Ukrainą.ALBUM ZDJĘĆ - UKRAINA
Dzień I - 10.06.2006 Iwano-Frankowsk:
Oczywiście nasze koleje zgotowały mi mały stres: z Częstochowy do Przemyśla mam tylko jedno sensowne połączenie i do tego pociąg przyjeżdża na pół godziny przed odjazdem autobusu do Iwano-Frankowska, znając punktualność naszego PKP mam pewne obawy. Ale podróż upłynęła spokojnie, pociąg był dość pusty i opóźnienie wyniosło 'tylko' 10 min. Dojeżdżam na dworzec PKS i witam się z pitem i furmanem, razem przyjdzie nam spędzić tydzień czasu. Podobno były jakieś problemy z zapakowaniem rowerów ale furman okazuje się obrotnym człowiekiem i w wiadomy sposób załatwia nam przejazd. Ładujemy się do typowego autobusu przemytniczego: brudnego, wypchanego jakimiś workami z cebulą i marchewką o niezbyt sympatycznym zapachu. Ten autobus najlepsze chwile ma już dawno za sobą. Trochę rozmawiamy, gładko przejeżdżamy granicę, jeszcze mała awaria autokaru ale kierowca daje radę naprawić i ok. 19 jesteśmy w Iwano-Frankowsku. Niedługo będzie zmierzch więc szybko składamy sprzęt, trochę błądzimy, aż w końcu wyjeżdżamy za miasto i znajdujemy miejsce na nocleg. Przy rozbijaniu namiotów rzucam propozycję żebyśmy mówili sobie po imieniu a nie po nickach z forum, pada: piotrek, piotrek, piotrek, chyba wrócimy do nicków :) Niestety, nie da się posiedzieć, już podczas rozbijania namiotów napadła nas chmara komarów i musieliśmy zamknąć się w namiotach bo niechybnie wypiłyby z nas całą krew.
Dystans - 30,13
Średnia - 16,79
Czas jazdy – 1h47
Dzień II - 11.06.2006 Nadwórna-Jaremcza-przełęcz Jabłonicka-Rachow
Mimo dość wczesnej pobudki komary już na nas czekały. Szybko zapakowaliśmy rowery i odwrót. Zatrzymujemy się w Nadwórnej żeby zjeść śniadanie pod pomnikiem i tutaj łapię pierwszą gumę. No cóż, frycowe trzeba było zapłacić ale mam nadzieje że już będzie spokój. Po posiłku kierujemy się na Jaremcze, już jedziemy chwilkę gdy słychać huk i momentalnie znów flaczeje mi tylne koło. Chłopaki opalają się na betonowych płytach, ja zmieniam dętkę ale teraz to już nie mógł być przypadek więc dokładnie oglądamy oponę. Znaleźliśmy jedno pękniecie, łatam je, pompuję a tu dętka wychodzi w innym miejscu, dokładniej przyglądamy się oponie i okazuje się że jest w rozsypce. Na szczęście Pit ma zapasową oponę. Ruszamy dalej, słońce przyświeca a my mocniej kręcimy żeby nadrobić trochę czasu. Zaczynają się pierwsze podjazdy i docieramy do Jaremczy (w okresie międzywojennym znana miejscowość turystyczna). Tutaj spotykamy parę z Krakowa która podróżuje furgonetką (merc vito) z rowerami. Spanie też urządzili sobie w aucie więc nie martwią się o noclegi, w sumie również ciekawy sposób na wakacje. Pokazują nam gdzie można zjeść coś dobrego, jemy obiad, jeszcze chwilkę rozmawiamy i rozstajemy się. Przed nami pierwsza poważna przełęcz Jabłonicka 930 m n.p.m. Jeszcze przed wjazdem robimy sobie odpoczynek, podziwiamy piękne widoki ale wiatr się wzmaga i w końcu postanawiamy jechać. Przełęcz nie okazała się jakaś straszna, jedynie pod koniec było dość ostro. Chyba jest ona atrakcją turystyczną bo jest tam trochę kramów z pamiątkami i dwa bary. Mamy chęć na złocisty napój ale zmęczona barmanka (obsługuje pita z 10 min) i nawalony tubylec skutecznie nas zniechęcają. Jedziemy do Rachowa, wcześniej musiało tu nieźle lać bo droga cała mokra. Dodatkowo dolina jest wąska (płynie nią rzeka Cisa) więc nie ma mowy o biwaku a pita zaczyna boleć żołądek. Mieliśmy przejechać Rachow ale ludzie z którymi rozmawiamy albo nie znają tej drogi albo twierdzą że nie da się tam przejechać. W końcu znajdujemy nocleg na kwaterze (ciepła woda, tv itd.). Pod wieczór furman coś tam wspomina o Bliźnicy ale w sumie jeszcze nic konkretnego.
Dystans - 135,71
Średnia - 20,71
Czas – 6,32
Dzień III - 12.06.2006 Rachow-Bliźnica-Rachow
Jeszcze nie wiem co mnie czeka dowiaduję się tylko że zostawiamy sakwy i jedziemy zdobyć Bliźnicę, nie ma problemu bo lubię jeździć po górach. Gospodarz rysuje nam mapkę, zabieramy po batoniku i bidon wody i jedziemy. Wg wszelkich informacji droga ma trwać ok. 4 godz. Zaczyna się wspinaczka, powoli sobie kręcimy bo droga jest strasznie niewygodna, wyłożona sporej wielkości kamolami więc trzęsie strasznie. Rowery poddawane sa próbie na odkręcanie śrubek, amortyzatory na tłumienie drgań i gdzieś po drodze gubię moją niezniszczalną mapę. Słońce mocno grzeje, cały czas podjazd i serpentynki. W końcu kończą się kamole i droga robi się już lepsza. Kręcimy już chyba z 1.5 godziny gdy spoglądamy na GPS furmana. Dochodzimy do wniosku że chyba ma złą mapę w GPS-ie bo sprzęt pokazuje że przejechaliśmy z 10% drogi. Niestety później okazuje się że mapa była dobra. Nabieramy wodę z potoku i kręcimy dalej. Cały czas w górę i powoli tracimy siły a naszego celu nie widać. Nasz wysiłek za to wynagradzają wspaniałe widoki: piękne góry, połoniny i doliny. Furman pokazuje nam poszczególne szczyty: masyw Czarnohory, Pop Iwan z ruinami obserwatorium, sylwetka Howerli i Pietrosa, Widać też odległe szczyty żółtawych Gorganów. Ale kręcimy dalej i robi się coraz bardziej wysokogórsko i chłodno, gdzieniegdzie pojawiają się płaty śniegu. Czasami jedziemy na wyczucie i przechodzę mały kryzys, kręcimy już kilka godzin a szczytu nie widać, nie mamy prowiantu i kończy się woda, zastanawiam się co dalej ale dochodzę do wniosku że skoro chłopaki dają radę to ja też mogę. W końcu podjeżdżamy pod naszą górę ale dalej nie da się jechać trzeba wziąć rowery na plecy i dawać z buta. Gonię już resztkami sił i tylko widzę jak furman coraz bardziej się oddala. Zbieram się w sobie i końcu dochodzimy z pitem na ścieżkę na której czeka na nas furman. Zostało parędziesiąt metrów na szczyt więc mimo zmęczenia zdobywamy górę. Tam mała niespodzianka grupa Rosjan lub Ukraińców również na szczycie z rowerami i sakwami, w tym kobiety. Rowery mają nawet niezłe ale bagaż wygląda ciekawie: tanie sakwy, zwykłe torby a i cos jakby siaty na kierownicy. Nie powiem imponują mi samozaparciem. Jeszcze chwilę podziwiamy panoramy i schodzimy w dół, wjeżdżamy na podjazd i teraz cały czas w dół. Oj dłuuuugi to był zjazd i całkiem przyjemny. Zjeżdżamy do Jasini i w pierwszym sklepie rzucamy się na jedzenie i picie. Dojeżdżamy do Rachowa, zabieramy sakwy i gospodarz tłumaczy nam jak wjechać na drogę której 'nie było' poprzedniego dnia. Nawierzchnia znów kamienista i znów jedziemy ostro pod górę i znów nieciekawie jeśli chodzi o nocleg ale w końcu znajdujemy łączkę która nadaje się na biwak, tyle że należy do kogoś. Schodzę do gospodarzy zapytać się o możliwość rozbicia namiotów. Początkowo nie bardzo chce się zgodzić ale pogawędka przekonuje go że nie wyrządzimy większych szkód. Pada oczywiste pytanie skąd jesteśmy, gdy mówię że z Polski gospodarz chwilę się zastanawia i mówi że wie gdzie to jest: w Czechach. Teraz moją ambicją jest wytłumaczenie gdzie leży Polska i że to niepodległy kraj ale jakoś mam wrażenie że go nie przekonałem. W każdym razie miejsce na nocleg jest bardzo fajne i szybko zasypiamy.
Dystans – 80,82
Średnia – 11,72
Czas – 6,52
Dzień IV - 13.06.2006 przełęcz-Kosowska Polana-Kobylańska Polana-Wodica-przełęcz
Ranek wita nas słońcem i pięknym widokami. Codzienne czynności przebiegaja sprawnie, chyba nabieram wprawy. Wsiadamy na rowery i pełni sił znów wspinamy się serpentynami na górę. Przełęcz ma 1130 m n.p.m. ale mozolną wspinaczkę rekompensują nam znów wspaniałe widoki: ze wszystkich stron góry, ogromne przestrzenie i morze zieleni, gdzieś tam od czasu do czasu dostrzegamy drogi którymi jechaliśmy, Bliźnicę widać w oddali i nie chce się wierzyć że przejechaliśmy taki kawał drogi. Na przełęczy krótki odpoczynek i zasłużony zjazd. Mijamy kilka wiosek w których czas się zatrzymał. Przejeżdżamy przez Kosowską Polanę, Kobylańska Polanę (tutaj znów łapę gumę na szczęście taką normalną i już ostatnią na tej wyprawie). Każda z nich oddzielona jest przełączą na którą trzeba się wspiąć ale i cały czas widoki są niesamowite. Drogi powoli zmieniają się w błoto, więc cali upaćkani dojeżdżamy do Wodicy. Czas znaleźć nocleg ale dobrego miejsca znów nie widać. W końcu rozmawiam z jakimś gospodarzem na temat noclegu i ten mówi że jak wjedziemy na przełęcz to tam jest wspaniałe miejsce na biwak. I miał rację, jak dla mnie był to najlepszy nocleg na tej wyprawie, piękna rozległa hala, niedaleko samotna kapliczka, wspaniały zachód słońca na tle gór. W nocy słychać pohukiwania sów. Podobno noc była zimna ale mój śpiwór sprawuje się dobrze więc nie marznę.
Dystans – 62,48
Średnia – 10,44
Czas – 5,58
Dzień V - 14.06.2006 Dubove-Ust Ciorna-Ruska Mokra-Komsomolsk-przełęcz-Kołaczawa-przełęcz-Miżgiria
Budzi nas rześki poranek. Furman rozgrzewa się biegając wokół namiotu. Dosiadamy nasze rumaki i lekko zmarznięci szybko zjeżdżamy w dół do Dubove. Słońce chowa się za chmury i trochę zaczyna kropić. Chwilę czekamy pod sklepem ale decydujemy się jechać dalej bo można tak czekać kilka godzin a droga czeka. Za miasteczkiem zaczyna juz dość mocno padać więc znów na chwilkę przystajemy pod drzewami ale gdy opady słabną jedziemy dalej. Droga jest asfaltowa ale kiepska, wszędzie tam gdzie kiedyś rzeka wylała i zerwała asfalt jedziemy po nawierzchni z kamieni. Mijamy Ust Ciorną, Ruską Mokrą i w Komsomolsku kierujemy się na Kołaczawę. Pogoda poprawiła się i nie pada ale dzisiaj ukraińska mapa sprawia nam małego figla: droga w którą skręcamy, zmienia się w potok a innej alternatywy nie ma. Jeszcze na początku próbuję przejechać ale koło szybko klinuje się na jakimś kamolu i ląduje w lodowatej wodzie po kostki. Pit śmieje się że on ma mokrego tylko jednego buta i zawsze to lepiej niż dwa ale potok szybko doprowadza go do porządku. Woda miejscami sięga po kolana lecz brniemy dalej, jedyna zaleta to czyste buty i skarpetki ;). Droga staje się coraz bardziej uciążliwa, często trzeba dźwigać ciężkie rowery nad konarami i głazami, wszyscy uważają żeby nie przewrócić rowerów bo lepiej samemu być mokrym niż mieć wszystko mokre w sakwach. W końcu rzeka daje spokój i wychodzimy na ścieżkę, chwilka odpoczynku i za zakrętem kolejna niespodzianka: kamienisty stok o nachyleniu takim że i bez rowerów ciężko podejść. Jakoś to pokonujemy ale rowery ciążą strasznie. W końcu wyjeżdżamy na przełęcz i odpoczywamy. Ten odcinek to taki mały Ukrainian Trophy. W końcu zaczynamy zjeżdżać w dół ale droga jest wolna, pełna kolein po kolana, łatwo o wypadek więc prędkości nie przekraczają 20 km/h. Po drodze spotykamy ciężarówkę z pasażerami, o ogromnych kołach, tylko taki pojazd ma szansę przejechać tą drogą a i tak umiejętności kierowcy wprawiają nas w zdumienie. W końcu dojeżdżamy do Kołaczawy. Szybko opuszczamy wioskę i kierujemy się na Miżgirię. Tym razem mamy asfalt i to całkiem niezły. Zaczynają się serpentyny, furman daje do przodu ale ja wole kręcić swoim tempem więc zostaję nieco w tyle. W końcu dojeżdżamy na przełęcz 830 m n.p.m. Na górze wszyscy wskakują w kurtki bo jest zimno i wieje wiatr a czeka nas dość stromy i szybki zjazd. Zjeżdżamy w dół i przez kilka km tracimy 500m wysokości. W Miżgirii pochłaniamy wyborny i tani obiad w barze. Jesteśmy zaskoczeni bo pani nie chce napiwku i nawet opuszcza nam cenę obiadu żeby kwota była równa (brak cwaniactwa obecnego u nas na każdym kroku). Czas poszukać noclegu, opuszczamy Miżgirię i jedziemy dalej. A z miejscem znów jest nie wesoło, trafiamy na kemping specjalnie zrobiony na takie okazje ale jest obskurnie i nieprzyjemnie, poza tym co chwilę zatrzymują się samochody aby nabrać wody a my wolimy miejsca bez nieproszonych gości. Jedziemy dalej i w końcu rozbijamy się obok opuszczonego domu, miejsce też niezbyt ciekawe, jedyną zaletą jest zdrój gdzie możemy się porządnie umyć, będzie kąpiel w lodowatej wodzie :). Furman udaje się na kąpiel a my z pitem rozbijamy biwak (uważając na kozie bobki) kiedy pojawia się właściciel zaniepokojony co się dzieje na jego własności. Chwilkę rozmawiamy i znów zyskujemy pozwolenie na nocleg.
Dystans - 101,69
Średnia - 14,89
Czas - 6,49
Dzień VI -przełęcz-Wołowiec-Lwów
Tym razem deszczowy poranek skutecznie zniechęca nas do wyjścia z namiotów aż do godz. 11. Ale droga czeka i nie możemy sobie pozwolić na luksus lenistwa. Po późnym śniadaniu składamy mokre namioty i ruszamy dalej. Deszcz słabnie i przestaje padać, szybko zdobywamy przełęcz 730 m n.p.m. i zjeżdżamy do Wołowca. Miasteczko jest nieciekawe i paskudne: brzydkie budynki, żwirowe chodniki, słabo zaopatrzone sklepy, do tego przyczepia się cyganka i próbuje wysępić od nas kasę. To wszystko sprawia że chcemy szybko opuścić to miasteczko ale wcześniej musimy podjąć decyzję co dalej. Mapa nie pozostawia wątpliwości, jeszcze 200km do granicy a biorąc pod uwagę jakość bocznych ukraińskich dróg nie mamy złudzeń że nie zdążymy na czas. Postanawiamy dojechać pociągiem do Lwowa i stamtąd przejechać ostatni etap naszej wycieczki. Kupujemy bilety i czekamy na pociąg. Gdy podjeżdża, ze zdziwieniem obserwujemy że każdy wagon ma osobną obsługę, najczęściej kobietę ubraną w schludny mundurek i odpowiedzialną za swój teren i to o władzy niemal absolutnej, o tym przekonujemy się gdy pani wyprasza pasażerów (bez żadnego sprzeciwu z ich strony, u nas pewnie wywiązała by się co najmniej pyskówka), żebyśmy mogli zając ich miejsca na końcu przedziału bo tam trzeba umieścić rowery. Jeszcze tylko kierownik pociągu dla podkreślenia swojej władzy, każe nam wrzucić rowery na półki na górę bo podobno tarasują drogę przeciwpożarową i ruszamy. Pociąg jedzie naprawdę powoli i potwierdza się fakt że nie da się otworzyć okien w wagonie, dlatego duchota jest straszna i tak po 4 godz. wysiadamy we Lwowie. Nawykliśmy już do ciszy i czystego powietrza a tu kurz, hałas, brukowane ulice i bezładny ruch samochodowy. Kątem oka dostrzegam tylko piękno zabytkowych kamienic i urok tego miasta bo musimy szybko je opuścić, żeby znaleźć kolejny nocleg (chłopakom w przeciwieństwie do mnie Lwów niezbyt się spodobał). Szybki lecz obfity posiłek w Mc’Donaldzie wprawia nas w lepszy humor. W końcu opuszczamy miasto z pomocą miejscowych Polaków (chciałbym tu wrócić i spokojnie je zwiedzić). Znajdujemy przyjemny nocleg u właściciela domu na świeżo skoszonej łące ale znów zwiedziały się o nas komarzyce.
Dystans – 53,22
Średnia - 16,44
Czas – 3,14
Dzień VII Wielki Lubin-Rudki-Medyka-Przemyśl
Znów słoneczny i piękny poranek. Decydujemy się dalej podróżować bocznymi drogami co okazuje się strzałem w dziesiątkę. Nie to żeby było lekko, choć teren to już nie góry, to jednak pagórkowaty, obfitujący w krótkie strome podjazdy i zjazdy a więc jazda typowo interwałowa. Teren słabo zaludniony, typowo rolniczy z sielskimi widokami. Jazda tutaj sprawia nam dużą frajdę, dojeżdżamy jednak do głównej drogi aby przekroczyć granicę. Mamy farta udaje nam się wkręcić na przejście dla samochodów i jeszcze tylko celnik pyta się nas o rejestrację: raz, dwa, trzy - odpalam szybko i celnik ze śmiechem mówi że może być. Tak więc obalamy teorię, że nie da się przejechać rowerami przejściem samochodowym. Jeszcze tylko szybka asfaltówka i jesteśmy w Przemyślu. Na dworcu nasza PKP szybko doprowadza mnie do kolejnego rozstroju nerwowego, nie mam już żadnego połączenia do Częstochowy. Na szczęście z opresji ratuje mnie siostra która zabiera mnie samochodem z Krakowa.
Dystans - 109,65
Średnia – 19,63
Czas – 5,45
I tak zakończyła się przygoda z piękną, zieloną Ukrainą. Zachęcam wszystkich do zwiedzania tego kraju, bo być może niedługo wkroczy tam wszechobecna komercja która zapewne zniszczy niezaprzeczalny urok tej krainy oraz swobodę i wolność podróżowania. Wszędzie spotkaliśmy się z miłymi i ciekawymi świata ludźmi. W mojej pamięci pozostaną przepiękne widoki, wszechobecna zieleń i nieskończone przestrzenie a także liczydła w sklepach i wioski wyrwane z czasu.
Na końcu chciałem podziękować furmanowi i pitowi za wspaniale wybraną trasę oraz towarzystwo i specjalnie podziękować mojej żonie że zgodziła się na moją podróż pomimo wszelkich niedogodności z tym związanych.
ALBUM ZDJĘĆ - UKRAINA
Kategoria Wyprawa